wtorek, 30 lipca 2013

piąty

Zbyś od samiuśkiego rana okupuje kuchnie z kucharską książką w ręku. Ja naprawdę rozumiem, że się zakochał, że pewnie w tej całej bieganinie ma jakiś cel w który zamieszana jest też Roma, ale mógłby mnie przy tym nie budzić o 8 rano w sobotę dźwiękiem blendera.
- Nie mogłeś zacząć nalotu na kuchnię w jakiś ludzkich godzinach? - wchodzę i otwieram lodówkę w poszukiwaniu mojego jogurtu naturalnego.
- Delfinko, kto rano wstaję...
- Jasne Zbysiu, jasne – przerywam mu machając ręką.
- Macie wieczorem w planach rozpoczęcie okresu godowego, czy mogę spokojnie wrócić do domu na noc? - wyciągam płatki z górnej szafki i łyżeczkę z szuflady.
- Zawsze możesz użyć stoperów. Wiesz, gdyby coś ci przeszkadzało – daję mi swoją złotą radę, którą puszczam mimo uszu – nie martw się, dzisiaj wieczorem planuję raczej coś innego... - dorzuca.
- Chcę wiedzieć? – pytam, wygrzebując z dna kubka resztki jogurtu.
- Mam zamiar się oświadczyć – oznajmia radośnie. Zaczynam się śmiać, biorąc to za dowcip. Ale Bartman zdaję się wcale nie żartować, ba on idzie do swojego pokoju i wraca z jakiś pudełeczkiem, którego zawartością jest pierścionek.
- Nie chciałem ci wcześniej mówić, bo ostatnio chodzisz jakbyś notorycznie miała zespół napięcia przedmiesiączkowego – wyjaśnia trochę zestresowany.
Zaręczyny. Zbigniew. Roma. ZARĘCZYNY.
- Jesteś zła?
- Nie – mruczę, patrząc przed siebie.
Nie jestem złą, nie gniewam się, tylko czuję jakby przed chwilą ktoś podszedł do mnie z promiennym uśmiechem i walnął z całej siły kijem bejsbolowym w tył głowy.
- Większego kamienia nie mieli? - pytam, starając się przy tym nie rozryczeć.
- Bardzo zabawne Delfinko – całuje mnie w policzek – cieszę się że się nie gniewasz – chowa pudełko do kieszeni dresów i wraca do swojego pichcenia.

Wyrzucam pusty kubeczek do kosza i idę do siebie. Nakrywam się kocem i chcę się obudzić, bo to co przed chwilą miało miejsce w kuchni nie może być prawda. To tylko bardzo realistyczny zły sen. Niestety, po dwudziesty minutach nadal leżę pod kocem, a z kuchni dochodzą odgłosy blendera. Wstaję z łóżka, narzucam na siebie płaszcz i szalik. Chodzę bez celu po całym osiedlu. W głowie mam zupełną pustkę, no może poza tym nieznośnym głosem Zbyszka oznajmiającego mi rano o swoich zaręczynach. Kiedy docieram do mieszkania Piotrka, jest już zupełnie ciemno. Mam nadzieję że jest u siebie, bo tak cholernie nie chce być dzisiaj sama. Naciskam dzwonek i czekam chwilę, aż otworzy mi drzwi.
 - Piotrek, on się jej właśnie oświadcza – mówię jak w transie, nie siląc się nawet na część, hej czy nie przeszkadzam? Nie wydaje się jakoś bardzo zaskoczony, z czego wnioskuję że tylko ja dowiaduję się o tym mało istotnym fakcie jako ostatnia.
- Wchodź - otwiera szerzej drzwi, wpuszczając mnie do środka. Nie zdejmując nawet płaszcza, siadam na kanapie i tępo wpatruję się w ścianę naprzeciwko. Wszytko rozumiem. Miłość? Ok. Dziewczyna na dłużej niż dwa tygodnie? W porządku. Zamiar oświadczyn i poinformowanie mnie o tym w niemal ostatnim momencie? Nie, nie i jeszcze raz nie! Co to do cholery ma znaczyć?!
- Delfina... - Piotrek siada koło mnie trochę niepewnie.
- On nie może jej się tak po prostu oświadczyć! - wybucham histerycznie.
- Delfina, proszę nie płacz – Nowakowski trochę zakłopotany przysuwa się bliżej i delikatnie obejmuje mnie ramieniem.
- No powiedź Piotrek, jak można znać kogoś raptem parę miesięcy i mu się oświadczać? Mało tego! Jak można nazywać się czyimś przyjacielem i nie powiedzieć mu o czymś takim?
- Delfina... – nadal próbuje mnie jakoś uspokoić, a ja płaczę coraz mocniej i nie potrafię tego powstrzymać. W pewnym momencie chwyta mnie za podbródek i obraca moją głowę w swoją stronę. Chwilę patrzy w moje zaszklone oczy i zadziwiająco stanowczo powtarza nie płacz, proszę. Potem przybliża się, tak że niemal stykamy się nosami. Muska moje usta. Raz, drugi, trzeci... tak delikatnie, tak subtelnie... 
To sieje w mojej głowie takie spustoszenie, jakby przeszedł przez nią pokaźnych rozmiarów huragan.
- Muszę iść – dukam, odrywając się od niego i łapię oddech. W pośpiechu wstaję z kanapy i dosłownie wybiegam z jego mieszkania. Zjeżdżając windą, co chwila dotykam własnych ust, starając sobie ułożyć to, co przed chwila miało miejsce. Piotrek, najprawdopodobniej w akcie desperacji, mnie pocałował. A całował tak, że chciałabym jeszcze i jeszcze. Przez tę parę sekund było mi tak dobrze, cholernie dobrze... właściwie nie pamiętam kiedy ostatnio coś takiego czułam. Wychodzę z bloku, zaliczając po drodze wszystkie roztopowe kałuże i siadam na jednej z osiedlowych ławek. Dwie rzeczy są pewne, mam przemoknięte trampki i zupełny chaos w głowie.

+++
Zbigniew za cholerę ostatnio nie chciał współpracować, dlatego to wszytko tak długo trwało.